Kiedy kończy się miłość?

Co to w ogóle jest miłość? Uczucie czy decyzja? Co o niej wiemy? Kiedy się zaczyna, a kiedy kończy? Czy można ją naprawić, tak jak naprawia się zepsuty zamek w sukience? Czy potrzebny jest do tego specjalista? A może wystarczy intuicja? Hm… i czy w ogóle warto? Dużo tych pytań…

Miłość jest dość specyficznym uczuciem – trudnym do zdefiniowania, dla każdego ma bowiem inną wartość. Wg mnie miłość jest postawą i ciężką codzienną pracą. Miłość się zwyczajnie robi – codziennie. Począwszy od tego, że dziecko doświadcza miłości matki, kiedy ta je karmi z czułością, tuli w potrzebie, a my doświadczamy jej, kiedy pamięta się o naszych świętach, czule dotyka, pisze, pyta, mówi o nas i do nas z szacunkiem i czułością, obdarza pieszczotami – to to wszystko są właśnie czynności, które robimy na rzecz ukochanej/go, bądź otrzymujemy od osób deklarujących, że nas kochają… Doskonale bowiem potrafimy rozpoznać, że jesteśmy kochani po czynach, a nie samych deklaracjach. Oczywiście, na początku są motyle w brzuchu, wielka namiętność i przekonanie, że tak będzie już zawsze. Ale po dłuższym (czasem krótszym) czasie okazuje się jednak, że osoba, która miała być ideałem nie odstawia kubka do zlewu, lubi zupełnie inne książki, a wieczory spędza najchętniej oglądając skandynawskie seriale kryminalne. To znaczy, że miłość się skończyła? A może to musi być coś więcej, aby wyznaczyć koniec miłości? Można w ogóle wyznaczyć jej koniec? Bo kiedy miałaby się kończyć? W przypadku zdrady? Kłótni? A może tak zwyczajnie, bez powodu? Może miłość wietrzeje – jak perfumy? A jeśli jest nam ze sobą po prostu dobrze, jakoś się układa, ale emocji już za wiele nie ma, to co? To też jeszcze miłość? A może tylko rutyna i przyzwyczajenie?

Jak uchronić się przed końcem miłości?

Zawsze mi się wydawało, że kiedy związek się kończy, to dlatego, że nastąpiło coś wielkiego w negatywnym sensie – coś niewybaczalnego, jak zdrada, rękoczyn, alkoholizm – generalnie jakiś wstrząs. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że koniec miłości też sobie robimy… codziennie. Jakiś czas temu, gdy kolejny raz zmarnowaliśmy całe popołudnie i wieczór na kłótnię, dotarła do mnie ta przerażająca prawda. Jeszcze jeden wybuch i się poddam. Najzwyczajniej w świecie zaczęłam się tym męczyć. Po kolejnych paru dniach dotarło do mnie: zależy mi mniej, zaczyna mi być wszystko jedno… To był dopiero wstrząs. Usiadłam na łóżku i zaczęłam analizować jak my w ogóle doszliśmy do tego punktu!?!

Oboje jesteśmy dość uparci i wnieśliśmy swoje sztywne wyobrażenia o rolach w związku, o tym, jak powinien wyglądać dom, wspólny czas itd. Dopiero mieszkając ze sobą, zobaczyliśmy, jak jesteśmy różni, a jednocześnie jak bardzo oboje pragniemy bycia spójnością. Nie było rozmów – były za to niedopowiedzenia, urażona duma, wybuchy i wielkie nerwy. W zasadzie oboje traktowaliśmy odrębność drugiego jak zamach na sens bycia razem. Rosło ciągłe napięcie… czasami po kłótni byliśmy tak rozstrojeni, że nakręcaliśmy kolejną o jakąś głupią rzecz, której normalnie byśmy nie zauważyli… Zapytałam siebie: dokąd zmierzamy? Czy będzie już tak zawsze? Czy mamy walczyć o tę miłość? Jak długo? Odpowiedziałam sobie, że chyba do momentu, gdy on tego też będzie chciał. Chciał… bardzo… Uwierzyliśmy więc, że uda się jeszcze to wszystko odkopać. Nadszedł więc czas, aby zacząć odkrywać to, co nas różniło.

Konflikty są wpisane w związek i nie można się ich bać.

Od tego, jak je rozwiązujemy, zależą nasze relacje. Jeśli w związku postawimy szlaban na inność, to czym go będziemy karmić? Strachem? Zamiast być sobą, będziemy się starać usilnie dostosować do oczekiwań partnera… jako ludzie mamy w większości histeryczny stosunek do różnic. Nie jesteśmy nimi zainteresowani – jesteśmy natomiast co najmniej onieśmieleni, jak nie sparaliżowani. Różnica oznacza w naszym pojęciu nie – inaczej, a – gorzej. Powstaje więc głód i niedosyt, zaczniemy odczuwać brak. I tu przychodzi mi na myśl pewien dialog pomiędzy ortodoksyjnym Amiszem, a odnoszącym sukcesy i regularnie zdradzającym żonę lekarzem, który mimo starań zachowania profesjonalnego podejścia do pacjentki (żony Amisza) nie potrafił ukryć pogardy w stosunku do pary przebywającej w jego gabinecie:

Amisz: Kochasz swoją żonę tak samo mocno jak w dniu ślubu?
Lekarz: Oczywiście.
Amisz: A powinieneś kochać ją bardziej. Przecież poznałeś ją bardziej, masz zatem więcej powodów, żeby ją kochać. Dlaczego więc nie kochasz jej bardziej?

I tu jest ukryta puenta: nie wolno mylić miłości z przyzwyczajeniem. I nie chodzi o to, by przez cały czas czuć te motyle w brzuchu. Nie oszukujmy się, że błysk w oku z czasem wygasa, a namiętność odbiega od tej z pierwszej randki. Trzeba jednak umieć odróżnić upływ czasu od zaniku uczucia. Miłość czasem po prostu się kończy, choć się o nią walczyło i próbowało. Trzeba zatem wiedzieć, kiedy się kocha, a kiedy już tylko wspomina, bo to nie jest to, co między Wami było, tylko to, co między Wami jest…

Daliśmy sobie (kolejną) szansę…

Łatwo ulec iluzji. Ilu z nas żyje w związkach iluzjach? Czy walczyć warto? Nie warto… bo woja pomiędzy dwojgiem ludzi zawsze utrzymuje w pozycjach jakiegoś wroga. Warto natomiast zaakceptować, że jest źle i zatrzymać tę walkę. Zacząć uświadamiać sobie, co się dzieje i dlaczego. Zacząć ratować związek. Dać odczuć tej drugiej osobie,  że jest kochana i doceniania. Inność jest fundamentem związku. Jeżeli dwie osoby są takie same, to po co być ze sobą? Po co rozmawiać? Dlatego warto tę inność zauważyć i pielęgnować. To, że mój partner ma inne zdanie, wywodzi się z innej tradycji rodzinnej i jest czymś bardzo cennym. Uwierzcie mi, że jeżeli zaczniecie zaciekawiać się tym, co Was różni, rozpocznie się dla Was fascynująca podróż. Jeżeli to inne i nieznane będzie Was nęciło i wciągało, to znaczy, że zmierzacie w dobrym kierunku – w kierunku miłości. I żeby nie było – to jest cholernie trudne. My stosujemy swoją domową terapię. Staramy się rozpracować każdy temat. I czasem boli. Nie nakręcamy się jednak już jak dawniej i staramy się rozładować złe emocje. Bo na tym właśnie polega miłość – na kłóceniu się (a nie na ciągłej walce) i godzeniu, na wytykaniu sobie błędów i przebaczaniu, na milczeniu i rozmowie, na słuchaniu i mówieniu, na pewności i zwątpieniu, na byciu razem i byciu daleko od siebie. Jeśli potrafimy pomieścić w sobie i zrozumieć te skrajności to znaczy, że dojrzeliśmy do kochania drugiej osoby i bycia kochanym. Oczywiście każdy ma prawo do chwili zwątpienia. Jednak należy dać sobie kolejną szansę – piątą, dziesiątą, a nawet dwudziestą. Zawsze próbujcie tyle, ile będzie trzeba. Albo tyle, na ile wystarczy Wam sił. Jednak nie przekonujcie na siłę. Nie walczcie do upadłego, zapominając gdzie jest ja, bo tak bardzo wierzycie w my. Jeżeli czujecie, że dobiliście do muru – odpuśćcie. Kochać, to także umieć odejść i pozwalać innym odchodzić.

Czy istnieje uniwersalna recepta na kryzys w związku?

Kogokolwiek zapytacie da Wam jedną – i każda będzie inna. A więc chyba nie ma. Natomiast wydaje mi się, że dobrze będzie jeżeli będziemy zwyczajnie gotowi przyjąć inną perspektywę – dopuścimy do siebie fakt, że z innej pozycji to wszystko wygląda inaczej. Tyle razy mogło się nam nie udać i tyle razy mogliśmy dać sobie spokój. A jednak jesteśmy razem. Naprawiliśmy ten związek, nie daliśmy sobie spokoju. Teraz jestem dumna z tego, że mamy ten czas za sobą, i z tego co osiągnęliśmy, co mamy teraz… Rozmawiamy ze sobą i wciąż poznajemy się bardziej, kochamy się bardziej. Bo jak się dba, to się ma!

Wracając do tytułowego pytania – to kiedy kończy się ta miłość? Czy nie wtedy, kiedy zadajesz sobie to głupie pytanie?

Kochajcie się bardziej!

Pozdrawiam

M.

 

Show Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *