Morderstwo w Orient Expressie (2017). Byłam, widziałam. Czy polecam?

Morderstwo w Orient Expressie to chyba najsłynniejsza z licznych powieści Agathy Christie opowiadającej o perypetiach belgijskiego detektywa – Herculesa Poirot. Doczekała się m.in. dwóch ekranizacji telewizyjnych, słuchowiska radiowego, wersji japońskiej, gry komputerowej (!), a nawet wariacji pod postacią jednego z odcinków serialu animowanego dla dzieci My Little Pony: Przyjaźń to magia, gdzie każdy z kucyków podróżujących pociągiem był podejrzany o zjedzenie ciasta wiezionego na konkurs wypieków 😉 Najsłynniejszą adaptacją pozostaje jednak film Sidneya Lumeta z 1974 r., z Albertem Finneyem jako Poirotem oraz Ingrid Bergman nagrodzoną Oscarem za rolę szwedzkiej misjonarki Grety Ohlsson… W obliczu tak licznych klonów, Kenneth Branagh również zdecydował się na ekranizację tej klasycznej powieści kryminalnej, a nawet sam postanowił wcielić się w słynnego detektywa Herculesa Poirot. Od kilku dni film można oglądać na polskich ekranach. Zebrałyśmy nasz kochany Babiniec i wybrałyśmy się więc do kina, bo kochamy Agathę Christi, uwielbiamy ekscentrycznego detektywa Herculesa Poirot i nie mogłyśmy się oprzeć tej licznej, gwiazdorskiej obsadzie…

Najsłynniejszy kryminał świata

Zawiązanie akcji następuje w Azji, skąd Hercules Poirot, po zakończeniu z sukcesem pewnego śledztwa, powraca tytułowym ekspresem do Europy. W pociągu, poza słynnym Belgiem – prawdopodobnie najlepszym detektywem świata –  spotyka się kilkanaście (dwanaście) osób – przedstawicieli różnych kultur, zawodów, grup wiekowych, klas społecznych i światopoglądów.  Wszystko wydaje się toczyć normalnym rytmem, również rozmowy pomiędzy współpasażerami o wszystkim i o niczym, żeby tylko podtrzymać iluzoryczne konwenanse. Jednak to, co zaczyna się jako wystawny przejazd pociągiem przez Europę, szybko rozwija się w jedną z najbardziej stylowych, trzymających w napięciu i porywających tajemnic. Pewnej nocy dochodzi bowiem do brutalnego morderstwa i to właśnie na detektywie spocznie zadanie polegające na odnalezieniu sprawcy. Problem w tym, że zbrodnię mógł popełnić dosłownie każdy z obecnych pasażerów, każdy jest podejrzany… A im więcej wskazówek odkrywa Hercules Poirot, tym – wbrew pozorom – wydaje się, że zaczynają one zaprzeczać sobie nawzajem. Trudno wyłonić choć jednego realnego podejrzanego, ponieważ wszyscy mają murowane alibi. Detektyw uświadamia sobie, że ta sprawa doprowadzi go do zakwestionowania wszystkiego, co wie…

Kenneth Branagh stawia na klasykę i tradycję. 

Przed wyjściem na seans poczytałam trochę opinii na temat tego filmu i powiem, że ostatecznie obawiałam się go zobaczyć. Wszelkie recenzje są bardzo niepochlebne… A to komuś brakuje tego, a to tamtego, za mało akcji, za mało dedukcji, za mało dramatyzmu, za mało gry aktorskiej, bark zaskoczenia…  no prawdziwy dramat. Ale czy słusznie?

Kenneth Branagh lubuje się w ekranizacjach klasyki. Nie tylko Szekspira, którego niemal wszystkie dzieła przełożył już na filmowy język. Aktor/reżyser ma również w swoim dorobku Frankensteina z pamiętną rolą De Niro, Thora z fantastycznym Chrisem Hemsworthem czy Kopciuszka dla Disneya. Brytyjczyk nie jest entuzjastą postmodernistycznego ujmowania klasyki i trzyma się konserwatywnych reguł w sztuce. Dlatego właśnie wielu krytyków pisze, że jego najnowsza ekranizacja najsłynniejszej książki Agathy Christie jest nieudana, a wręcz niepotrzebna. Nie wnosi nic nowego do zekranizowanego już kryminału o detektywie, szukającym wśród współpasażerów mordercy. Czy jednak musi na siłę wnosić coś nowego?

Napiszę tak – Branagh nie potrafi tak mocno przykuć widza do fotela i momentami rzeczywiście gubi rytm oraz tempo kryminału Christie. Zresztą reżyser jest chyba świadomy własnych ograniczeń i ostatecznie wyprowadza finałową scenę poza wagony pociągu, co może nie spodobać się oddanym fanom oryginału 😉 Jednak film ogląda się dobrze. Nie zgodzę się z zarzutami mówiącymi o tym, że ta produkcja nie przekonuje i nie angażuje. W kwestii odnoszenia się do pierwowzoru Branagh zarazem jest i nie jest mu wierny. Bo w zasadzie wielkich zmian fabularnych nie dokonano, wszystko rozgrywa się niemalże identycznie jak u Christie, może z wyjątkiem samego początku, wydarzeń sprzed tego, jak Orient Express ruszył, które w książce nie miały miejsca. Ktoś znający oryginał może więc praktycznie scena po scenie porównywać film i powieść, i nie trafi na wiele odstępstw… aczkolwiek… znajdą się pewne szczegóły, które jako tako fabuły nie zmieniają, ale ją troszkę unowocześniają. Christie opisuje świat, którego już dawno nie ma – z jego przesądami, sztywnymi konwencjami i hierarchiami klasowymi. I tak w książce mieliśmy wątek romansu jednej pary – w filmie jest to romans międzyrasowy (!), dochodzi też scena otwartego rasizmu jednej z postaci (postać czarnoskórego dr Arbuthnot’a). W książce mamy szwedzką misjonarkę, która generalnie dużo nie mówi – w filmie gra ją Penélope Cruz, która nieustannie mamrocze coś o grzechu i gniewie bożym, by czynić ponure sceny bardziej mrocznymi (jest ogólnie nieco depresyjna). Takich szczególików jest jeszcze całkiem sporo: w książce, gdy jedna z kobiet przez przypadek otwiera drzwi do przedziału później zamordowanego mężczyzny, ten rzuca do niej seksistowską uwagę – w filmie mierzy do niej z broni. W książce Orient Express utknął w zaspach śnieżnych – w filmie wykoleił się, uderzony lawiną. Przykłady można mnożyć niemalże w nieskończoność, ale podsumowując, zmiany te można nazwać wręcz kosmetycznymi. Co chwilę widać chęć uwspółcześnienia książkowego pierwowzoru, czy to poprzez dokładanie właśnie spięć na tle rasowym, czy obsesje, by nie było scen spokojnych, by zawsze były jakieś emocje, konflikty, jakaś groza. Film jest w zasadzie dość dynamiczny, co było dla mnie zaskoczeniem. A jednak trzeba go uznać za ciekawą ekranizację prozy Christie. Przekonuje jego gorzki wydźwięk, w którym zemsta nie przynosi ukojenia, a na pierwszy plan wysuwają się pytania o moralność oraz sprawiedliwość. Dobrze rozegrany jest tu finał, po którym – jak zauważa sam Poirot – wszyscy będą musieli długo leczyć swoje sumienia.

Dlaczego warto zobaczyć ten film?

Po pierwsze dla strony wizualnej. Muszę przyznać, że spece od efektów specjalnych stanęli na wyżynach – nowe Morderstwo w Orient Expressie wizualnie wręcz olśniewa. Pędzący przez zatopione w śniegu góry pociąg w żadnej ekranizacji nie zapierał tak tchu, jak tym razem. Także ekipa odpowiedzialna za kostiumy przeszła samą siebie. Detalicznie oddane wnętrza ekskluzywnego pociągu i piękne kostiumy minionej epoki zasługują moim zdaniem na Oscara. Kadry wspaniale oddają potęgę żywiołu, który zatrzymał pociąg i z gracją oddają też śledztwo genialnego Poirota prowadzone w ciasnych wagonach. Wręcz zwalają z nóg. Reżyser nigdy nie  napina się w celu zachowania suspensu. Wyjeżdża śmiało kamerą poza wnętrze pociągu, operuje kamerą wyżej lub szerzej, aby zjednoczyć wszystkie postacie na poziomie ludzkim. Używa też luster i okien dla fascynującego efektu grozy. Majstersztyk! Film jest naprawdę bardzo efektowny i widowiskowy. Aż chce się cofnąć do tamtych czasów i tak wspaniale podróżować 🙂

Drugim argumentem jest oczywiście obsada filmu, która jest wręcz imponująca! Na ekranie pojawiają się takie gwiazdy jak Judy Dench (księżna), Penélope Cruz (misjonarka), Willem Dafoe (austriacki profesor), Michelle Pfeiffer (amerykańska wdowa), Johnny Depp (biznesmen), Olivia Colman (pokojówka księżnej) czy legendarny Derek Jacobi (kamerdyner). Ten aktorski koncert jest poprowadzony w taki sposób, że całość się sprawdza – wszyscy wywiązują się ze swoich ról znakomicie, pomimo tego, że nie za bardzo mogą wyjść poza utarte schematy.

Kenneth Branagh i Hercules Poirot

Dla tych, którzy nie są świadomi, Poirot jest fikcyjnym belgijskim detektywem, stworzonym przez Agathę Christie. Poirot jest jedną z najbardziej znanych i długowiecznych postaci Christie. Występuje w 33 powieściach, jednym spektaklu i ponad 50 opowiadaniach opublikowanych w latach 1920-1975.

Sama postać słynnego Herculesa Poirot, w którą wcielił się reżyser filmu jest w jego interpretacji człowiekiem samotnym, zranionym, nękanym nerwicą i obsesjami, który na siłę szuka w zwichrowanej rzeczywistości czegoś, co złagodziłoby jego własne lęki. Czy jest wybrednym, wymagającym, samozwańczym detektywem geniuszu, który śmieje się z powieści Dickensa, czy też jest pełen uczuciowych wątpliwości wobec kobiety o imieniu Katherine, którą widzimy tylko na fotografii, i w którą wpatruje się tęsknotą? Docieranie do prawdy nie daje detektywowi satysfakcji, ale popycha go do bolesnej refleksji nad przemocą, śladem, który pozostaje w psychice… To zdecydowanie najbardziej refleksyjna wersja sławnego Belga.

Dla niektórych jednak Poirot w wydaniu Branagh’a może wydawać się bezbarwny, przejaskrawiony, a nawet irytujący przez pewność siebie graniczącą czasami z arogancją, w dodatku z jeszcze bardziej wyszukanym wąsem niż w poprzednich filmowych wcieleniach detektywa.  Ale przecież w opowieściach Christie wąsy Poirota są opisywane właśnie jako „gigantyczne”, „ogromne” i „niesamowite” (!) więc dlaczego aktor miał nie skorzystać z takiego wyróżnienia na tle pozostałych? Trochę ekstrawagancji nikomu nie zaszkodziło. Te wąsy są trochę jak supermocarstwo Poirota, są jego wizytówką. Ludzie widzą najpierw je, zanim zobaczą samego detektywa. Mnie te wąsy ani trochę nie rozpraszały 😉

Poirot ma się za wybitnego psychologa zbrodni, a do rozwiązywania spraw używa przede wszystkim „małych szarych komórek”. To elegant, wielbiciel porządku (poprawia sztućce na knajpianym stole) i symetrii (mierzy, czy dwa jajka podawane mu na śniadanie są identyczne) i często wtrąca francuskie zwroty. Moim zdaniem Branagh dobrze oddaje komizm tego samochwały. Albert Finney grający Poirota w poprzedniej ekranizacji Morderstwa w Orient Expressie (1974) w ogóle nie był śmieszny. Wszystkie przygody Poirota odegrał natomiast w serialu (1989-2013) David Suchet (dla wielu niezastąpiony). Branagh jest 15. aktorem w tej roli.

Sam aktor powtarza w wywiadach, że w książce Agathy Christie dojrzał nie tyle historię kryminalną, ile opowieść egzystencjalną. Jego film stara się nie być jedynie zagadką „kto zabił”, stara się mówić także o tym, jak burzy się świat Herculesa Poirot. Oto do funkcjonującego w postrzeganiu wszystkiego zero-jedynkowo (zbrodnia – uczciwość, łotrostwo – szlachetność) świata detektywa dociera fakt, że istnieją sytuacje, które nie są tak łatwe do oceny, i w których on sam nie będzie potrafił podejmować decyzji w pełni zgodnych ze swoim sumieniem. Finał jest ciekawy, przewrotny i wciąż frapujący. Pojawiają się uniwersalne pytania natury moralnej: o ułomność prawa, o rozgrzeszanie zemsty, o zasadność kary śmierci…

Czy warto oglądać kolejną adaptację Morderstwa w Orient Expressie w czasach świetnych skandynawskich kryminałów, fascynujących seriali oraz dokumentów o zbrodniach, które są zarazem filmami o naszych społeczeństwach? Hm… jeżeli lubicie do bólu tradycyjne filmy, które są dopracowane wizualnie oraz posiadają klasyczne podejście do brytyjskich kryminałów, spędzicie miłe dwie godziny w kinie. Myślę, że warto zobaczyć ten film.

P.S. Zakończenie sugeruje, że kolejnym kinowym filmem Branagha o Poirot może być Śmierć na Nilu 🙂

Miłego seansu!

Pozdrawiam

M.

Show Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *