Ochraniacze do łóżeczka – dlaczego ich nie lubię

Czasem mam wrażenie, że do standardowej matki mi daleko. Nie zachwycają mnie te wszystkie plastikowe, kolorowe, jednym słowem kiczowate zabawki, a do większości akcesoriów „niezbędnych” do egzystowania młodego człowieka w ówczesnym świecie podchodzę z ogromną dozą sceptycyzmu. Dziś o tym, jak łatwo jest zmanipulować niedoświadczonych przyszłych rodziców. Dziś o ochraniaczach do łóżeczka i o tym, dlaczego osobiście ich nie lubię.

Poszukując inspiracji dotyczących umeblowania noworodkowego pokoju przejrzałam chyba miliardy zdjęć, w miarę możliwości odwiedziłam kilka sklepów. Na każdym było piękne łóżeczko z pościelą, ochraniaczem, czasem też z baldachimem i obowiązkowo misiem. Dodatkowo każdy pokoik miał piękne dziecięce mebelki oraz gotowy do użytku zestaw zabawek i zasłonki, na które trzeba by wydać fortunę. Pięknie to wyglądało. Na zdjęciu. W praktyce jednak życie bywa zaskakujące.

Przygotowując miejsce spania dla pierworodnego długo zastanawiałam się, dlaczego w zestawie z pościelą zawsze dołączony jest tak zwany „ochraniacz do łóżeczka”. Jednak jak przypomniałam sobie te wszystkie aranżacje dziecięcych pokoików, miałam wrażenie, że to taki „must have„. Kupiłam, przyniosłam do domu, rozpakowałam, przymierzyłam i wtedy pojawiły się pierwsze wątpliwości.

Przecież pediatrzy i położne zalecają aby w łóżeczku noworodka nie znajdowały się żadne ruchome bądź zbyt miękkie elementy. Zaleca się, aby maluch przez pierwszy rok swego życia nie spał na poduszce, ponieważ może schować w nią nosek i się udusić. Nie powinno się umieszczać misiów, bo mogą nakryć malucha, a on sam się nie odsłoni. Mówi się, że spanie w rożku bądź w śpiworku jest bezpieczniejsze, ponieważ kołderką dziecko może się nakryć i zablokować dopływ świeżego powietrza. Zgoda. Sama przekonałam się, że misie potrafią niepostrzeżenie przytulić się do dziecka, a kocyk dziwnym trafem znaleźć się zbyt blisko małej twarzyczki. I pojawiło się też pytanie – po co w takim razie mi ta dziecięca pościel ze wszystkimi dołączonymi akcesoriami? Hm, no właśnie, po co? Czy i tym razem zadziałał na mnie wszędobylski marketing wciskający niezorientowanym rodzicom wszystko, co się da? Mam wrażenie, że tak.

W praktyce przez pierwszych osiem miesięcy korzystaliśmy, początkowo z rożka, a później ze śpiworka. W ramach „poduszki” kupiliśmy klin, bo młodemu się ulewało. Bardzo się to u nas sprawdziło. Jako przewrażliwiona matka, która nie spuszcza swego dziecka z oka nawet na moment, „czuwałam” (snem tego nazwać nie można) spokojniej.

Początkowo zastanawiałam się, czy nie wykorzystać ochraniacza do łóżeczka, przecież w końcu mieliśmy go już w domu. Przecież producenci twierdzą, że ma on chronić dziecko przed włożeniem rączek czy nóżek pomiędzy szczebelki. Dodatkowe zabezpieczenie, więc dlaczego nie skorzystać? Mnie natomiast zastanawiało jedno: skoro wszyscy zgodnie twierdzą, że noworodek nie obraca się sam, po co montować taki ochraniacz w łóżeczku noworodka? Przecież w teorii nie jest on w stanie pokonać odległości dzielącej jego od szczebelków? Z drugiej jednak strony, osobiście nie widzę różnicy między poduszką na materacu, a poduszką przyczepioną do szczebelków, więc jeśli przypadkiem okazałoby się, że nasze dziecko niepostrzeżenie nabyło umiejętność przekręcania się na bok, to czy jesteśmy w stanie zagwarantować, że nie schowa się twarzą w takim ochraniaczu? Nie chcę popadać w skrajności i pisać o potencjalnej możliwości uduszenia, ale sądzę, że taki „ochraniacz” może znacznie ograniczyć swobodne oddychanie maleństwu, a to raczej nie jest naszym celem. Tak samo jak dbamy o możliwość swobodnego oddychania podczas kataru, dbajmy o to na co dzień. Dodatkowo sam w sobie może ograniczać cyrkulację powietrza wewnątrz łóżeczka, co może być szczególnie uciążliwe latem.

Jeśli mamy nieco starsze dzieci i z powodzeniem korzystamy z pościeli i poduszek to wcześniej omówione elementy nieco tracą na znaczeniu. Jednak warto zastanowić się, czy jest sens ograniczać dziecku przestrzeń, przecież łóżeczka są tak budowane, że główki dziecko między szczebelki nie wciśnie, a rączkę i nóżkę tak samo jak włożyło, będzie w stanie wyciągnąć. Jeśli będzie miało z tym problem, to wezwie nas na ratunek.

Szczęściarzami są też ci, których dzieci nie „wędrują” zanadto w nocy, natomiast jeśli mamy dziecko, które uderza podczas snu w szczebelki czy ścianki łóżeczka, może warto rozważyć możliwość przełożenia/dokupienia porządnego materacyka do łóżeczka turystycznego – tam są miękkie ścianki.

Biorąc pod uwagę powyższe uważam, że ochraniacze do łóżeczka wcale nie są takim super niezbędnym wynalazkiem, bez którego nie można się obyć. Co więcej, uważam, że są całkowicie zbędne ponieważ największym ich problemem jest to, że znacznie ograniczają nam widoczność, przez co nie możemy oglądać naszych pięknych dzieci cały czas.

Pamiętajcie zatem, zdjęcia zdjęciami, reklamy reklamami, wyprawki wyprawkami, ale zdrowy rozsądek najważniejszy!

E.

 

Zdjęcie tytułowe: US CPSC

Show Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *