Szczepić czy nie szczepić?

Oto jest pytanie. Szczepić wybiórczo, a może w ogóle? W jakim wieku rozpocząć cykl szczepień? Czy szczepić w pierwszej dobie życia? Czy obowiązkowy kalendarz szczepień jest naprawdę obowiązkowy? Czy istnieje coś takiego jak bezpieczna szczepionka? Czy lekarze przymuszają do szczepień? Czy Sanepid może nam grozić i nałożyć na nas karę?… Milion pytań Wam się jeszcze nasuwa prawda? Ciekawa jestem czy mieliście dylematy dotyczące szczepień?

Wydaje mi się, że w Polsce narosło wiele mitów wokół szczepień. Z roku na rok rośnie liczba rodziców, którzy nie szczepią swoich dzieci. Uważają oni bowiem, że szczepionki są niepotrzebne, a nawet szkodliwe – że wywołują choroby i powodują zaburzenia rozwojowe – np. autyzm. Podobno też, jest teraz taka moda, pewien trend. Podobno zapoczątkowały go „eko mamy”, które na pewno kochają swoje dzieci, tak samo mocno, jak matki, które dzieci szczepią. Hm… ja szczepię, aczkolwiek nie przychodzi mi to łatwo… i za każdym razem trzęsę się jak osika na wietrze.

Dlaczego boimy się szczepień?

Historia strachu przed szczepionkami jest tak samo długa jak historia samych szczepionek. Już pod koniec XVIII wieku, po wynalezieniu szczepionki na ospę, którą stworzono na bazie zarazków tzw. „ospy krowiej”, straszono pacjentów skutkami w postaci… wyrośnięcia rogów. Od tego czasu wachlarz „naukowych sensacji” powiększył się o twierdzenia, iż szczepionki powodują m.in.: stwardnienie rozsiane, bezpłodność, a nawet AIDS. Było też głośno o tym, jakoby szczepionka DTP (błoniec-tężec-krztusiec) zwiększała ryzyko śmierci łóżeczkowej, z kolei szczepionka OPV (przeciw polio), miała rzekomo odpowiadać za setki tysięcy przypadków paraliżu na świecie. A wszystkie ww. skutki w ogóle mają być efektem zachłanności koncernów farmaceutycznych, które celowo zarażają ludzi lub testują na nich niebezpieczne preparaty…

Wiele szkody w kreowaniu strachu przed szczepieniami wywołał m. in.: Mark Randall – pracownik jednej z amerykańskich firm farmaceutycznych, który uważa, iż  spadek liczby zachorowań na choroby zakaźne to nie efekt masowych szczepień, a wyłącznie poprawy warunków bytowych i higieny. Jednak – dla przykładu – zanim wprowadzono szczepienia, 130 000 000 osób chorowało co roku na odrę. 226 000 osób rocznie choruje na odrę dziś… Mimo tego znajdują się takie osoby, jak np. doktor Viera Scheibner – można powiedzieć czołowa publicystka ruchu antyszczepionkowego, która wręcz stwierdza, że za dwie lub trzy dekady może się okazać, iż szczepienia były zbrodnią przeciw ludności. To dość radykalny pogląd. Najwięcej jednak obaw wywołał niejaki Andrew Wakefield  – brytyjski lekarz i naukowiec – którego nie powinniśmy już tak tytułować w zasadzie – i który w 1998 r. opublikował w prestiżowym piśmie wyniki swoich analiz dotyczących sczepień MMR (odra-świnka-różyczka), twierdząc, że powoduje ona autyzm i chorobę Crohna. Wakefield  przekonywał w swoich badaniach, że niebezpieczeństwo pojawienia się autyzmu u dziecka drastycznie zwiększa się, gdy zostanie mu właśnie podana szczepionka MMR obarczając za ten stan rzeczy wirusa odry zawartego w zastrzyku. Problem w tym, że ten pseudo-naukowiec swoje wnioski oparła na zaledwie 12 przypadkach… (tak – zaledwie na tuzinie). Kiedy zaczęto na niego naciskać, by powtórzył badania na większej liczbie pacjentów – odmówił… Własne testy przeprowadziła za to Brytyjska Komisja Medyczna, a jej raport był miażdżący dla Wakefielda, okazało się bowiem, że sfałszował on swoje wyniki. Część opisanych przez niego objawów występowała u dzieci po pół roku od szczepienia, natomiast w swojej pracy lekarz pisał, że pojawiały się już po sześciu dniach.

Zarówno lekarze, jak i epidemiolodzy podkreślają, że do dziś nie ma żadnych poważnych badań naukowych potwierdzających chociaż jeden z tych zarzutów. Od tamtego czasu przeprowadzono już dziesiątki badań oraz analiz i żadne z nich nie potwierdziły kontrowersyjnej hipotezy. Smaczku całej sprawie dodał fakt, iż  Andrew Wakefield planował założenie firmy produkującej…szczepionkę (!). Za wprowadzenie ludzi w błąd, brytyjska Naczelna Izba Lekarska odebrała mu prawo do wykonywania zawodu. Sam Wakefield nigdy publicznie nie przeprosił i nie wycofał się ze swoich twierdzeń –  zrobili to natomiast wszyscy współautorzy badań. Mimo to w świadomości wielu ludzi skojarzenia szczepień z autyzmem pozostały do dziś… Mity przekazywane z ust do ust urosły już do niebotycznych rozmiarów.

Tiomersal = rtęć w szczepionce?

dlaczego_boimy_się_szczepień

Temat rtęci w szczepionkach od dawna elektryzuje wszystkich rodziców. Obie strony są dość radykalne w swoich poglądach i możliwość pogodzenia ze sobą tych stanowisk wydaje się być nierealna. Tiomersal (bo o tym dokładnie mowa) to etylowa (nie mylić z metylową) pochodna rtęci o silnych właściwościach bakterio- i grzybobójczych. Żaden z przeprowadzonych eksperymentów nie potwierdził natomiast, że ten składnik szczepionki wywiera szkodliwy wpływ na dzieci. Jego działanie zdecydowanie równi się od cech silnie toksycznej metylortęci znajdującej się w środowisku, a z którą większość osób utożsamia hasło „rtęć”. Obecnie w Polsce, tiomersal (w bezpiecznej dawne) jest składnikiem tylko jednej z dostępnych szczepionek, przeznaczonych dla dzieci w pierwszych latach życia – przeciwko krztuścowi, błonicy i tężcowi (DTPw). Żadne z naukowych badań również nie potwierdziło istnienia zależności pomiędzy zachorowalnością dzieci na autyzm a zawartością tiomersalu w szczepionkach. Autyzm ujawnia się zazwyczaj między 18 a 24 miesiącem życia, co zbiega się w czasie ze szczepieniami. Żadne badania nie potwierdziły jednak, by którakolwiek ze szczepionek stwarzała zagrożenie dla zdrowia lub życia maluchów. Dzieci, u których występowały skutki uboczne – tzw. odczyny poszczepienne, były zawsze jeszcze obciążone w inny sposób, np. miały wrodzone wady genetyczne lub były szczepione w trakcie przeziębienia, co mogło spowodować niebezpieczne powikłania.

Gdzie szukać informacji? Rodzice pozostawieni sami sobie. 

W Polsce nie ma instytucji odpowiedzialnej za edukowanie ludzi w zakresie szczepień. Większość z nas nie wie np., czym są szczepienia skojarzone – w uproszczeniu „za jednym ukłuciem” pozwalają one zaszczepić przeciwko kilku chorobom. Jedni uważają, że są one mniej skuteczne od szczepionek podawanych pojedynczo, inni, że obciążają one układ odpornościowy bardziej niż szczepionki tradycyjne. Jednak większość uważa, że szczepionki zwiększają ryzyko działań niepożądanych. Nie mamy gdzie szukać informacji o tym, czym różnią się ich stare i nowe wersje.

Często przyczyną unikania szczepień jest strach przed niepożądanymi skutkami ubocznymi. Nie jest on całkowicie bezzasadny… Szczepienia mogą bowiem powodować odczyny o ciężkim przebiegu. Zdarza się to jednak bardzo rzadko. Nie odnotowano zgonów czy trwałego uszkodzenia organizmu z powodu szczepień. Przed każdym szczepieniem lekarz powinien poinformować nas, czy są jakiekolwiek przeciwwskazania do tego zabiegu oraz jakich objawów ubocznych możemy się spodziewać.

Świadomość ludzi jest coraz większa, ale paradoksalnie to chyba ona nakręca tę spiralę strachu (często przy pomocy mediów – szczególnie w Internecie, temat ten budzi zawsze wiele kontrowersji).  Ludzie zawsze w pierwszej kolejności odbierają informację emocjonalnie, dopiero potem przychodzi racjonalizacja. Wśród rodziców nastąpił więc rozłam, jedni domagają się zniesienia obowiązkowych szczepień, drudzy – szczepiący, chcą zaostrzenia przepisów dla tych pierwszych. I gdzie w tym wszystkim znajduje się prawda?

Staram się być świadomą matką…

…jednak w obliczu szczepienia mojego dziecka – głupieję i blednę. Mimo wszystko – do tej pory nikt nie wymyślił niczego lepszego od szczepień. Jeżeli zatem macie wątpliwości (a nie podejrzewam, że nie macie) i nie chcecie wpadać w histerię, to:

1. Szukajcie rzetelnych informacji – czyli nie na forach internetowych.

2. Znajdźcie zaufanego lekarza – takiego, który dokładnie przebada Waszego malucha, przeprowadzi dokładny wywiad przed podjęciem (wspólnej) decyzji o szczepieniu (zdarzają się bowiem tacy, którzy szczepią dzieci mimo lekkiej gorączki (!), ponieważ nasz NFZ uważa, że to nie jest przeciwwskazanie (!?!). Niech to będzie lekarz, który  po prostu zna nasze dziecko.

3. Słuchajcie intuicji – obserwujcie swoje dziecko już na kilka dni przed planowanym szczepieniem – czy nie zdradza symptomów choroby, bowiem żaden lekarz nie jest w stanie w kilka minut ocenić stanu Waszego dziecka tak, jak Wy sami. Jeśli cokolwiek, nawet bzdura, Was zaniepokoi – zwyczajnie przełóżcie szczepienie na późniejszy termin.

4. Obserwujcie swoje dzieci – „uczcie się” ich. Większość chorób daje symptomy wcześniej. Zrzucanie winy na szczepionkę to tylko usprawiedliwianie naszej ignorancji.

5. Miejmy świadomość zagrożenia. Zachorowalność na odrę i krztuśca, których wirusy działają bardzo podstępnie i po cichu – ponownie wzrasta. Pneumokoki naprawdę mogą zabić Wasze dziecko w 2 dni. Świnka powoduje u nastolatków bezpłodność, różyczka jest niebezpieczna dla kobiety w ciąży, a rotawirusy można znaleźć wszędzie, nawet w szpitalu…

Wbrew stereotypowej opinii rezygnacja ze szczepień nie jest decyzją indywidualną.

Dotyczą one bowiem nie tylko osoby szczepionej. Szczepienia są środkiem leczniczym mającym na celu ochronę obywateli przed zakażeniem chorobami potencjalnie śmiertelnymi. Człowiek, który zaczyna być chory, jest źródłem zakażenia dla innych osób. Dzieje się tak dlatego, że żadna szczepionka nie chroni przed zarażeniem w 100%. Jednak im więcej osób niezaszczepionych, tym większe ryzyko rozprzestrzeniania się choroby, zwłaszcza wśród dzieci i dorosłych, które nie mogą zostać zaszczepione (np. z powodu nowotworu). Zdrowe osoby, które się szczepią, chronią więc równocześnie te chore i słabsze od siebie. Kiedy w dużej grupie raptem kilka osób się nie zaszczepiło, to rzeczywiście niebezpieczeństwo nie jest takie wielkie. Problem pojawia się wówczas, gdy proporcje sczepionych i nieszczepionych zaczynają się znacząco zaburzać… 

Ruchy antyszczepionkowe w Polsce rosną w siłę z roku na rok. Nie grozi nam epidemia, jak straszą niektórzy, ale nie oznacza to, że problem ten należy lekceważyć. Powinno to skłonić lekarzy pierwszego kontaktu do staranniejszego tłumaczenia (nie straszenia), czym mogą grozić powikłania, które w większości chorób zakaźnych są bardziej niebezpieczne, niż ich przebieg. W tych wszystkich dyskusjach (szczególnie internetowych) rzadko jednak zabierają głos lekarze, dlatego każdy odważny głos fachowca, jest w tej dyskusji na miarę złota, a taki właśnie postanowiła zabrać pewna lekarka, która zdecydowała, że nie będzie przyjmować w swojej praktyce dzieci nieszczepionych. Swoją decyzję oparła na pewnym fakcie, który dokładnie opisała w liście otwartym, wysłanym do redakcji mumsfromlondon.com (jednoczącej polskie mamy przebywające w Londynie). Zresztą przeczytajcie sami:

"Jestem lekarzem pediatrą. Przestałam udzielać się w tym temacie w internecie jakiś czas temu, bo nic nie udało mi się osiągnąć. Lekarzy się już nie słucha. Obraża się nas i podejrzewa o siedzenie w kieszeni korporacji farmaceutycznych. Tolerowałam rodziców dzieci nieszczepionych w swojej praktyce przez 2 lata aż do piątku 21.03.2014 kiedy to w poczekalni w mojej praktyce usiadły koło siebie z córkami dwie mamy - dwuletniej Oli (mama podjęła decyzję o jej nieszczepieniu zaraz po urodzeniu) oraz trzytygodniowa Zuza (miała za sobą dopiero szczepionkę przeciw gruźlicy i WZW B - standard w pierwszej dobie życia). Ola miała silny kaszel, więc mama przyszła po zwolnienie na jej opiekę, a że bardzo jej się spieszyło nie umówiła się w godzinach przyjęć dzieci chorych tylko po prostu usiadła w poczekalni. Zuza przyszła na swoją pierwszą wizytę w mojej praktyce. 11 dni później Zuza leżała już w szpitalu z ciężką niewydolnością oddechową w przebiegu krztuśca, choroby na którą nie zdążyła się jeszcze zaszczepić, a którą Ola sprezentowała jej w mojej poczekalni. Dla Oli to był zwykły, choć męczący kaszel, dla Zuzi -noworodka - to było bliskie spotkanie ze śmiercią. Od tego czasu sukcesywnie wycofuję ze swojej bazy pacjentów, których rodzice podjęli decyzję o NIE szczepieniu. Zapraszam ich na rozmowę, podejmuję ostatnią próbę zmiany ich decyzji, po czym zachęcam do zmiany lekarza. Decyzja o nieszczepieniu owszem zależy od rodziców, ale nie mają oni bladego pojęcia, że ich chore dziecko jest chodzącym mordercą noworodków, dzieci przewlekle leczonych immunosupresyjnie, urodzonych z niedoborami odporności i wielu innych. Wszystkie te dzieci siedzą w mojej poczekalni. Ich życie jest ważniejsze od tego, co kto przeczytał w internecie lub usłyszał od koleżanki".

Całość listu znajdziecie tutaj.

Ja szczepię. Wy zróbcie z tą wiedzą co uważacie za słuszne – jednak przed podjęciem decyzji bardzo dokładnie to rozważcie. Proszę.

M.

Show Comments
  • Karolina napisał(a):

    Zgadzam się z Twoją opinią. To, co teraz dzieje się w Internecie jest niewyobrażalne – każdy myśli, że pozjadał rozumy. Ja ufam swojej pediatrze, co nie znaczy, że daję zaszczepić moje dziecko całkiem bezmyślnie. A jednak też zawsze mam z tyłu głowy, że jakieś powikłania mogą się zdarzyć i oddycham z ulgą, kiedy moje dziecko całkiem dobrze znosi szczepienia. My szczepiliśmy 5w1 plus pneumokoki, taką decyzję podjęliśmy wspólnie z pediatrą. Może jeszcze zdecydujemy się na meningokoki bo o tym też jest głośno.
    Ostatnio z uwagą też śledzę wszystki fanpage dot. szczepień bo przed nami MMR, szczególnie polecam Szczepimy – kampania Pneumokokom mówimy Szczepimy!, Tak dla Szczepień czy Szczepienia dla podróżujących.

    • Martelka napisał(a):

      Karolina, dokładnie rozumiem Twój strach – również w mojej głowie siedzi ta okropna myśl o powikłaniach. Właśnie dlatego trzeba dokładnie przyglądać się dziecku zarówno przed, jak i po szczepieniu, aby szybko w razie tej przykrej konieczności reagować. Może się przecież zdarzyć, że dziecko jest uczulone akurat na jeden ze składników szczepionki. Niemniej jednak powikłania (jakiekolwiek) występują zazwyczaj w bardzo krótkim czasie od momentu zaszczepienia – dzięki czemu możemy ukierunkować nasze podejrzenia, że to co dolega naszemu dziecku może mieć związek właśnie z tą czynnością. Powikłania się zdarzają – każdy organizm jest przecież indywidualny, a nie mamy w oczach rezonansu, aby stwierdzić, że nasze dziecko, mimo iż wygląda na zdrowe – „nie kryje” w sobie jakiegoś „elementu”, który w połączeniu ze składem szczepionki da taki, a nie inny efekt. Dlatego każdy szczepiący rodzić, który kocha swoje dziecko – podobnie jak my – oddycha z ulgą po tym, jak miną te 3-4 doby od szczepienia bez żadnych dodatkowych efektów… 🙂

  • swiadomy rodzic napisał(a):

    Ja nie będę szczepić. Dopuszczalna ilość rtęci dla zdrowego człowieka 0,1mikro gram – dane WHO. Szczepionka Euvax B zawiera 50 mikro gram rtęci. No comment. Proszę nie porównywać rtęci jedzonej w rybach. Podaż jelitowa a injekcje do krwi to dwa różne od siebie zagadnienia.

    • Martelka napisał(a):

      Świadomy Rodzicu – każdy ma prawo do podjęcia takiej czy innej decyzji. Szczepionka, o której piszesz zawiera tiomersal (w ilości dozwolonej, zgodnie z wytycznymi prawa i farmakopei europejskiej) – etylenową pochodną rtęci, często braną za metylenową pochodną rtęci, a nią nie jest. Jedna literka w tym wypadku robi różnice. Podobnie jest z alkoholem. Alkohol etylowy i metylowy to dwie oddzielne substancje, które działają inaczej. Tej drugiej absolutnie należy się wystrzegać, a ta pierwsza jest obecna na większości polskich wesel 😉 Znajdzie się pewnie nie jeden czytelnik, który powie – „O czym my tu rozmawiamy? Każda ilość rtęci jest szkodliwa”. Nie chce wyjść na pesymistkę, ale chyba życie jest szkodliwe… środowisko skażone, produkty przetworzone… Niestety, im więcej razy powtórzy się pewne hasła tym bardziej wydają się prawdziwe. Ludzki umysł ma skłonność do przypisywania znaczenia tym frazom, które często widzi, a nie tym, za którymi przemawiają silne argumenty merytoryczne. Na tym bazuje między innymi wywołanie paniki przed konserwantem szczepionek, jakim jest tiomersal. Współczesny rodzic w Polsce zastanawia się, czy szczepić, czy skorzystać ze szczepionek dostępnych w poradni, czy też kupić nowoczesne szczepionki wieloskłednikowe itd. Tymczasem szczepienia to wyzwanie globalne. Nadal istnieją rejony, gdzie choroby zakaźne, wyeliminowane albo przynajmniej bardzo ograniczone – u nas dzięki szczepieniom – sieją spustoszenie. WHO i inne organizacje międzynarodowe prowadzą wszelkie starania, aby zapewnić odpowiednią profilaktykę w każdym takim obszarze. I nie są to odległe problemy, które nas nie dotyczą, szczególnie w dobie łatwego i szybkiego podróżowania…

  • Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *